„…Gdyby żal i rozgoryczenie mogły żłobić podziemne korytarze, w Wałbrzychu byłyby one głębsze niż te kopalniane. Skrycie płakali niemal wszyscy (…) rozdzieleni z ojczyzną Niemcy, wyrwani z korzeniami Zabużanie, przesadzeni i rozdwojeni „Francuzi”, kochający bezchmurne niebo i souvlaki Grecy i Macedończycy, żegnający się od lewego ramienia Ukraińcy. (…) Każdy coś utracił – bliskich, majątek, dobrą pracę, część rodziny, poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Każdy stał się więźniem wgniatającego w ziemię i niepozwalającego swobodnie oddychać ustroju…” (fragment książki)
Ziemie odzyskane czy ziemie utracone? Jak można z perspektywy lat myśleć o tym obszarze, który po II wojnie światowej, w efekcie ustaleń konferencji w Jałcie i Poczdamie odbierających Polsce Kresy Wschodnie, powiększył na zachodzie terytorium naszego kraju i miał być swego rodzaju rekompensatą, zadośćuczynieniem za lata wojennych cierpień i zniszczeń.
Ziemie odzyskane stały się propagandowym symbolem nowej socjalistycznej Polski i jej powojennych granic. W Polakach, którzy tu zamieszkali, budziły sprzeczne uczucia – dla części były wybranym miejscem nowego życia, nadzieją na lepsze jutro – tak traktowali je uwolnieni więźniowie obozu Gross Rosen, przybysze ze zrujnowanej Polski centralnej (szczególnie uchodźcy z Warszawy), emigranci z Francji i Belgii, powracający po latach do ojczyzny oraz ci, którzy na zachód przybyli z zamiarem szybkiego dorobienia się. Dla tzw. repatriantów czyli polskiej ludności wypędzonej z kresów czy też dla siłą przesiedlonych Łemków i Ukraińców był trudnym do zaakceptowania miejscem zsyłki. Wszyscy ci przybysze, wyrwani przez wojnę i jej następstwa ze swoich „małych ojczyzn”, mieli stać się pionierami „dzikiego zachodu”, potwierdzeniem słowiańskości tych terenów, mieli swoją obecnością przypieczętować nieodwołalność ich „powrotu do macierzy”. Tymczasem naprawdę żyli w poczuciu nieustannej tymczasowości. A obok nich żyli bezpaństwowcy – niemieccy autochtoni, którzy nie uciekli przed nadchodzącym frontem, potem potrzebni nowej władzy przetrwali kolejne etapy wysiedleń, a w „nagrodę” utracili obywatelstwo.
Marta Hożewska, autorka „Niedotlenienia”, osią swej książki uczyniła koleje życia trzech kobiet, rdzennych mieszkanek dzisiejszego Wałbrzycha. Ich życiorysy są punktem wyjścia do niezwykłej, dramatycznej i pełnej napięć opowieści o mieście od wyzwolenia do współczesności. Wzbogaca ją o relacje i wspomnienia mieszkańców: Niemców – zarówno tych, którzy pozostali, jak i tych, których dotknęły wywózki, Polaków, którzy przybyli na ziemie odzyskane, Greków i Macedończyków, którzy trafili tu w 1948 roku w ramach pomocy dla uchodźców po wojnie domowej.
Lina Franke, urodzona w 1897 roku w Nieder-Hermsdorf czyli współczesnym Sobięcinie (dzielnica Wałbrzycha), jej córka Ruth (rocznik 1926), a przede wszystkim wnuczka Anna (1957) to kobiety, których losy zdeterminowała historia i polityka. Niemki, które zostały i nie opuszczając swego domu, znalazły się w innym, nieznanym kraju, gdzie źle widziane było mówienie w ich ojczystym języku, gdzie spolszczono ich nazwisko, a przede wszystkim uznano je, jeśli nie za wrogów, to w najlepszym wypadku za element niepożądany. Autorka przedstawia różne przejawy ich życia, ukazując walkę o przetrwanie, mniej lub bardziej udane próby asymilacji, codzienność w nowym obcym świecie. Podejmuje próbę ukazania historii przez pryzmat ich doświadczeń, pozwala wybrzmieć tłumionym przez lata emocjom, oddaje głos tym, którym tak długo nakazywano milczenie. Nie podaje gotowych odpowiedzi, nie usprawiedliwia ani nie tłumaczy, przedstawia fakty, które zmuszają czytelnika do refleksji. Dobrze się stało, że ta książka pojawiła się na rynku, bo temat trudnej powojennej historii regionu zasługuje na wieloaspektowe przedstawienie.
Książka trafi wkrótce do Wypożyczalni. Dziękujemy Wydawnictwu ZNAK za darmowy egzemplarz dla Czytelników oraz portalowi jelonka.com za pośrednictwo we współpracy.
(BK)