Home > Zasoby > Recenzje literatury regionalnej > Karkonoskie tajemnice — Paczyńska…
Nasz profil na instagramie
1 tys.

Karkonoskie tajemnice — Paczyńska Katarzyna

opublikowano: 2 października 2015, przez: admin

Paczyńska Katarzyna: Karkonoskie tajemnice.

Ad Rem, Karpacz 2015, ss. 96


Duch Gór dla dzieci

Autor: Romuald Witczak

Karkonoski Duch Gór, czyli Rybecal, Karkonosz, Rzepiór i jakby go tam jeszcze przez wieki zwano jest postacią opisaną bardzo szeroko. Przez wieki był uosobieniem straszaka na tych, którzy nazbyt beztrosko wybierali się w góry. Mogli sobie zaszkodzić, jeśli zapuścili się za daleko i przed nadejściem nocy nie zdążyli wrócić na miejsce noclegowe, mogli nieopatrznie wpaść w tarapaty, jeżeli ich umiejętności i siły nie były wystarczające, by pokonać trudną drogę lub w ogóle jej brak. A jeszcze klimat górski z częstymi przypadkami gwałtownego załamania pogody, burzami z wyładowaniami, które w górach przybierają nadzwyczaj groźny charakter. W takich razach strach wywołuje niepewność i poczucie zagubienia. Na tych nastrojach zbudowana została postać Ducha Gór.

Do końca XVIII wieku właściwie w Karkonosze się nie chodziło. Bo i po co? Żadnych dróg nie było, wszędzie ciężko i pod górkę. Dopiero od XIX wieku ludzie zaczęli w górach widzieć coś interesującego, dostrzegać piękno. Wcześniej pojedynczymi ścieżkami ze Śląska do Czech i w drugą stronę przechodził, kto musiał. Bardzo niechętnie, możliwie prędko i bez przyjemności.

A byli tacy, którym zależało, aby w góry nikt nie chodził. Mieli w tym interes, żeby Karkonosze mieć do własnej dyspozycji. Byli to Walonowie, górnicy i zielarze. Penetrowali góry w poszukiwaniu złota, srebra, drogich kamieni i rud kopalnych, z których można było otrzymywać na przykład żelazo. Zielarze zbierali rośliny, które tylko w tych górach rosły, na produkowane z nich słynne w całej Europie nalewki. Sami doskonale czuli się w górach, dobrze znali ich wszelkie tajemnice, umieli się po nich poruszać i z nich korzystać, a konkurencja nie była im potrzebna. Toteż zmyślali bajdy o strachach grożących każdemu, kto w tę im zastrzeżoną dziedzinę wtargnął. A że strach ma wielkie oczy, szybko zyskali „świadków” swej prawdomówności, którzy potwierdzali na własnym przykładzie, jak diabeł, nazywany Rybecalem lub jakoś inaczej wyzłośliwiał się na nich do tego stopnia, że ledwo z życiem uszli.

Tak powstały legendy o Duchu Gór. Nikt ich nigdy tak całkiem nie traktował serio. Ale… Daleko od osad ludzkich, samotnie, w górach, podczas burzy, w nocy… Wtedy jakoś tak się wszystko z tych opowieści zgadzało i lepiej było na wszelki wypadek nie kusić „złego”…

Właśnie „zły”, czyli mówiąc po prostu diabeł. Duch Gór został potraktowany jako wcielenie szatana, przeciwnika Pana Boga, świętych i religii. Pod pozorem skutecznego przeciwstawienia się złym mocom w 1681 roku Christof Leopold von Schaffgotsch na Śnieżce postawił kaplicę pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Faktycznie chodziło raczej o zaznaczenie terenu swojej własności, która była podważana przez inny potężny ród – Czerninów. Ale odtąd można było tam prowadzać pobożne pielgrzymki i nie pozwolić swobodnie królować żadnym złym duchom.

Opowieści o Duchu Gór najpierw przekazywane były ustnie, potem dorobiły się wielu wydań książkowych. Od tych najstarszych, spisanych w XVII wieku w Księgach Walońskich, przez wysublimowaną artystycznie „Księgę Ducha Gór” Carla Hauptmanna, do współczesnych, bardzo już bliskich nam klimatem.

Właśnie, a propos klimatu. Niemiecki Rübezahl znacznie różni się od czeskiego Krakonosza i polskiego Rzepióra. Pierwszy jest złośliwy, nieprzyjazny człowiekowi, nieprzewidywalny. Czesi mają swojego Ducha Gór dobrodusznego, chętnego do współpracy z ludźmi, dbającego o ekologię. Nasz Rzepiór ma poczucie humoru, lubi figle i chętnie wdaje się w konszachty z dziećmi.

Książeczka, która stała się powodem tej oceny, została napisana jak najbardziej współcześnie, nawet tego za bardzo nie ukrywa, posługując się jawnie najbardziej współczesnymi pojęciami, jak np. teleportacja. I nie ma w tym nic zdrożnego, ponieważ z tematem Ducha Gór jest jak to było kiedyś z komedią dell’arte – aktorzy mieli podany temat i akcje rozgrywali wedle własnego pomysłu i talentu, a publiczność się bawiła. Tutaj publicznością, czyli czytelnikami, mają być dzieci. Opowiastki są krótkie, wszystkie z puentą i z nauką. Nie zdążą znudzić. Bogata szata graficzna i twarda oprawa dopełniają sympatycznej całości. Bardzo dobry prezent, nie tylko na wakacje.

wszystko z kategorii: Recenzje literatury regionalnej, Zasoby <<   >>